„Dary losu”, czyli opowieść o chorobie i śmierci 17 – letniego Mateusza
Część I. Pogrzeb
Pani Beata na drugi dzień po pogrzebie syna, na jego grobie znalazła kartkę papieru w „koszulce” foliowej z napisem: „Otwórz mnie w domu”. Oboje z mężem po powrocie z cmentarza odczytali treść listu. Na przemian: płakali i uśmiechali się do siebie czytając słowa, które wskazywały na to, jaki wpływ miał ich Mateusz na życie innych młodych ludzi.
– Mateusz, żegnamy Cię dzisiaj w ten pochmurny i zimowy dzień – pisał kolega. – Pamiętasz, jak się pierwszy raz poznaliśmy? Polubiłeś moją stronę wtedy na facebooku i od tamtej pory nasza znajomość i przyjaźń się zaczęła… Chciałem wtedy zorganizować konkurs, w którym Ty też chciałeś brać udział i napisałeś słowa, które wzruszyły mnie wtedy: „ W takim konkursie zawsze pomogę, bo jak nie mnie, to komuś innemu można pomóc” I wtedy powiedziałem Ci, że ja też nie mogę oddać krwi, bo jestem chory. Odpowiedziałeś mi, że na razie ktoś mnie musi oddać krew, żebym mógł żyć. Twoja odpowiedź była dla mnie szokiem, bo nie mogłem Ci pomóc, a tak bardzo, bardzo chciałem – pisał chłopak. – Pierwsze spotkanie było dla mnie najlepsze z najlepszych. Pamiętam, jak poszliśmy do sklepu, żeby wybrać komżę dla mnie. I zacząłeś się śmiać, bo zamiast mierzyć komże to poszedłem na stoisko, gdzie stały kadzidła i zapytałeś mnie, czy ja też lubię ten zapach. Odpowiedziałem, że uwielbiam, a Ty na to, że też uwielbiasz ten zapach. Przypomina mi się też, jak wracaliśmy, bo już tata na Ciebie czekał. Zapytałem Cię, czy chcesz zjeść knyszę. To taka wielka buła…
Ale najpiękniejsze słowa, jakie od Ciebie usłyszałem to wtedy, gdy mnie pocieszałeś. Powiedziałem Ci, że nie mam przyjaciół, że jestem sam. Ty odpowiedziałeś mi wtedy, że też nie miałeś, ale znalazłeś takiego wyjątkowego, który lubi pomagać innym. Zrozumiałem, że znalazłem w Tobie przyjaciela. Mieliśmy razem walczyć z naszymi chorobami. Mieliśmy się nie poddawać, jak żołnierze i powtarzaliśmy sobie, że wyjdziemy z tego „bagna” . Mieliśmy wygrać z tym wszystkim, a teraz zostałem sam.
Dzień, który zapamiętam sobie, to Twoje urodziny, kiedy wstawiłem Ci zdjęcie z opisem, że jak wyjdziesz ze szpitala to pójdziemy na najlepsze gofry do Hetmana. Teraz już z nikim nie pójdę… Wiesz, Mateusz, chciałem Ci podziękować za to, że mogłem Cię poznać i za to, że byłeś osobą, której zaufałem, u której miałem wsparcie. Mam nadzieję, że teraz Tam patrzysz na mnie z wysoka i mówisz: „Kuba nie płacz, ty dasz radę, nie załamuj się” i dodajesz: ”Będzie dobrze”.
Ale dziś wszystkie wspomnienia przyszły znowu. Zapytałem Twoich rodziców, czy mogę stanąć przy Twojej trumnie, a oni odpowiedzieli, że mogę, że nie ma problemu. Wzruszyłem się tą odpowiedzią.
Gdy dziś przyszedł ten dzień, było mi bardzo ciężko. Słuchałem pieśni i patrzyłem na przepiękny obraz, który wisiał naprzeciwko mnie, przedstawiający Pana Jezusa Zmartwychwstałego i na schody, na których stało Twoje zdjęcie. Patrzyłeś na mnie i na wszystkich, i żegnałeś się z nami…
Chciałbym przeprosić bardzo Twoich rodziców, ale nie złożyłem im kondolencji, bo bardzo dużo ludzi podeszło do nich. Bardzo mnie to bolało, że nie mogłem im podziękować za to, że wychowali Cię na wspaniałego człowieka, ale wiedz, że to zrobię i przytulę ich.
P.S. Wiesz co, nie zrobiliśmy konkursu z krwią, ale zrobię na Twoją cześć. I zobaczysz, zrobimy to razem i uda się nam!!!
Mateusz, jeszcze raz chciałbym Ci podziękować za to, że po prostu byłeś przyjacielem . Kuba”
Mama Mateusza wtedy zrozumiała, że śmierć jej 17 – letniego Mateuszka da siłę innym młodym ludziom do walki z przeciwnościami losu. Postanowili razem z mężem jeszcze raz przywołać wszystkie dni choroby Mateusza. Od samego początku wiedzieli, że będzie ciężko wygrać tę nierówną walkę, ale do końca wierzyli, że ich syn da radę. On tak bardzo się starał, tak dzielnie walczył.

Część II. Choroba
Pani Beatka wraca wspomnieniami do początków ubiegłego roku. Mateusz dostał się do wymarzonego liceum, od samego początku dobrze się uczył. Miał przecież już swoje marzenia na przyszłość. Chciał dostać się na Politechnikę do Warszawy. Był koniec semestru. Chłopiec często uczył się długo w nocy, często był zmęczony. Normalne – myślała matka – w czasie ferii odpocznie. Ale to zmęczenie zaczęło być podejrzane. Porozmawiali z mężem, żeby Mateuszowi zrobić badanie krwi. Tak na wszelki wypadek. Mateusz żartował sobie z nich, ale dla świętego spokoju poszedł do lekarza. I zaraz… jak to było?
Pamięta. Zadzwonił mąż, że był telefon od pani doktor. Mateusz dostał skierowanie do szpitala. Natychmiast. Chłopiec był jeszcze w szkole. Trzeba było go zwolnić z zajęć, samemu zwolnić się z pracy. Jakaś nieznana dotąd fala strachu wypełniła jej całe ciało, odebrała jej mowę.
– Nic to, to tylko nerwy – mówiła sobie patrząc jak jej syn spokojnie i ze smakiem wcina porcję ulubionych pierogów i prosi o dokładkę – przed wyjazdem do szpitala.
W szpitalu od razu powtórzono Mateuszowi badania i podano krew, bo okazało się, że wyniki badań są fatalne. Chłopiec ze spokojem poddawał się temu wszystkiemu i żartował sobie ze strachu mamy, który odczytał z jej oczu. Został w szpitalu. Rozpoczęły się badania. Słowo „białaczka” wbijało się jak gwóźdź w umysł przestraszonej matki.
Wraca wspomnieniami do rozmowy z lekarzami, gdy postawiono diagnozę. Powiedzieli, że to nie białaczka tylko aplazja szpiku. Co za ulga. Nie białaczka. Nie ta najgroźniejsza z chorób, która bezlitośnie wyrywa rodzicom ich dzieci. To tylko aplazja szpiku. Z tym poradzą sobie – oni i Mateusz. A Mateusz? Śmiał się z ich strachu. Czuł się dobrze, miał świetny apetyt. Na oddziale hematologii od razu stał się ulubieńcem lekarzy, pielęgniarek i wszystkich innych pracowników. Umiał nawiązać kontakt z każdym, dorosłym i dzieckiem, żartował z małymi pacjentami oddziału, grał w różne gry, żeby czas szybciej płynął, bo przecież śpieszył się do szkoły. Nie chciał zawalić roku. Trochę czasu upłynęło zanim lekarze ustalili leczenie. Ze szpitala wracali do domu na weekendy. Mateusz spotykał się z kolegami, w każdą niedzielę stał przy ołtarzu jako ministrant. Modlił się. Bardzo. Modlili się wspólnie całą rodziną.
Trzeba było zmienić dotychczasowe życie. Oboje z mężem zrezygnowali z pracy po to, by być przy Mateuszu. Jeździli do szpitala na zmianę. W domu przecież czekała 11 – letnia Weronika, młodsza córka.
Powoli zadomowili się na oddziale przeszczepiania szpiku. Wkładali fartuchy, czepki, rękawice, obuwie i tak zabezpieczeni trwali przy swoim dziecku. Beatka wspomina, że najgorsze było dla niej to, że nie mogła pocałować, dotknąć skóry swojego synka. Bo przecież każdy wirus mógł sprowadzić zagrożenie życia. Leczenie dało nadzieję. Trzymali się jej uparcie. W tym czasie znajomi sprowadzili Fundację DKMS, żeby zorganizować akcję rejestrowania potencjalnych dawców. Mateusz zgodził się na to, bo jak mówił: „ Trzeba działać, bo tę walkę naprawdę można wygrać i jeśli wszyscy połączą siły i zarejestruje się wielu potencjalnych dawców, to można będzie uratować nie tylko mnie, ale jeszcze wiele innych osób. Jak nie mnie, to innym pomoże”. Sam wybrał zdjęcie, które pojawiło się na ulotkach, bilbordach. Szczupły chłopak w bluzie z kapturem, fajnie wystylizowane uczesanie i ten rozbrajający uśmiech radości. Zaangażowali się wszyscy, którzy go znali, którzy słyszeli o jego chorobie i jego marzeniach. Chciał sobie kupić motocykl, żeby objechać kulę ziemską. Na razie musiał mu wystarczyć skuter. W ulubionym, niebieskim kolorze. Jego ukochana honda, którą nazwał „Hanią”.
Beatka miała obiekcje. Jak to, organizują akcję dla Mateusza, a przecież on jest leczony i z pomocą Boską wyzdrowieje, nie może być inaczej. Ale zgodziła się zaapelować w radio i prosić o rejestrację wszystkich ludzi dobrej woli, wszystkich potencjalnych dawców szpiku. Chociaż łzy zalewały jej oczy i przez chwilkę wydawało jej się, że nie wydusi z siebie ani jednego słowa, zdołała opanować swój strach i poprosić o pomoc dla Mateusza i innych dzieci, które czekały na przeszczep. Pomógł jej w tym jej synek, którego głos gdzieś tam w głowie dźwięczał:
– Mama, daj spokój, nie łam się, dasz radę.
Później śmiał się, że jak słyszał jej głos w radio to czuł się taki dumny, że jego mama jest taka odważna i profesjonalna!
To była wiosna. Wszystko nabrało tempa. Obserwowali z mężem, jak organizują się ludzie, którzy ich nie znali, jak solidarność w walce o życie ich dziecka wzmacnia się z każdym dniem. Zrozumieli, że ta akcja dedykowana Mateuszowi, jest potrzebna nie tylko im, rodzicom Mateusza, ale także wszystkim rodzicom, którzy mogliby się znaleźć na ich miejscu. Jakim wspaniałym darem jest dziecko! Był happening „Marsz dla Mateusza”, który przeszedł ulicami Sawina i zjednoczył uczniów, nauczycieli, rodziców. Ubrani w biało – czerwone stroje (barwy DKMS – u, ale i nasze – narodowe) skandowali hasła : „Mateusz, jesteśmy z tobą”, „Oddaj szpik – daj życie”. Były piosenki, przemówienia. Weronika była dumna, że jej brat jest taki ważny, ale była troszkę smutna, że nikt nie zwrócił uwagi na nią, jego siostrę. Beatka z uśmiechem jej powiedziała:
– Wiesz, Weronika, wystarczy mi jedno takie ważne dziecko. Ty pozostań mniej „ważna”. Przecież wiesz, jak Mateusz cię kocha.
Zarejestrowało się bardzo dużo ludzi. Dla wielu chorych to była szansa.
Mateusz wszystko obserwował na facebooku, był zadowolony, że akcja się powiodła. We właściwy sobie sposób żartował, że jak wróci do szkoły, to będzie rozpoznawalny przez dziewczyny! Oczywiście, dziękował wszystkim. Zawsze to robił. Rozsyłał mms-y ze swoją fotografią. Uśmiechnięty chłopak z różą i słowo: „dziękuję”.

Część III. Wakacje
Beatka weszła do pokoju Mateusza. Jak tu pusto!. Spojrzała na łóżko, które stało pod ścianą i puste miejsce , w którym wisiał „Akt Zawierzenie Matce Boskiej”, przywieziony z Częstochowy. Pamięta, jak po powrocie z ich rodzinnej pielgrzymki, następnego dnia weszła ukradkiem do pokoju, żeby popatrzeć na śpiącego Mateuszka. Był ranek. Pogodny, lipcowy dzień. Słońce wpadało przez okno i oświetlało przytuloną do ściany postać dziecka. Matka Boska w słonecznym blasku obejmowała go i tuliła do siebie. Łzy pojawiły się w jej oczach. Zrozumiała, że jej dziecko ma już inną Matkę. Akt Zawierzenia jest nadal z Mateuszem, tylko, że już w innym miejscu.
Leczenie immunologiczne nie przyniosło spodziewanych efektów. Początkowo wszystko szło dobrze, a po miesiącu okazało się, że szpik Mateusza obumiera. Wezwano ich na rozmowę o dalszym leczeniu. Oczywiście, Mateusz był przy tej rozmowie. Zawsze powtarzał:
– Nie możecie decydować za mnie. To moje życie i ja jestem za nie odpowiedzialny. Nic nie będziecie kombinować za moimi plecami.
Pani doktor rzeczowo przedstawiła sytuację Mateusza:
– Leczenie okazało się nieskuteczne. Są dwie możliwości. Pierwsza – to podtrzymywanie życia przez dwa lata, dopóki wszystkie narządy nie przestaną pracować. Druga – to przeszczep, który jest ryzykowny, ponieważ we krwi Mateusza wykryto taki gen, który wyklucza pozyskanie 100% -ego dawcy. Trzeba to wszystko przemyśleć i w poniedziałek dać odpowiedź, na co się zdecydujecie.
Poczuła, że zapada się w jakąś ogromną przepaść. Spojrzała na męża. Jego oczy rozszerzyły się, rysy zamarły, nie mógł ukryć przerażenia, tak jak ona. A Mateusz? Najspokojniej w świecie oznajmił:
– Chcę przeszczep. Już postanowiłem. Chcę przeszczep. Chcę normalnie żyć.
– Ależ Mateusz. Takiej decyzji nie podejmuje się pod wpływem chwili. Pojedziecie do domu, jest weekend, porozmawiacie, zastanowicie się. Tak nie można – pani doktor chciała go troszkę przyhamować.
– Chcę przeszczep. I zdania nie zmienię – oznajmił ich syn. Po wyjściu z gabinetu spojrzał na nas, mocno przytulił i powiedział:
– Nie martwcie się. Przejdziemy przez to razem. Damy radę.
Czy rozmawiali o tym w domu? Nie, bo nie było o czym. Mateusz zdecydował. Wszystko, co działo się później ,to była zwykła formalność. Zgodnie z zaleceniem pani doktor, jeżeli pozostałby przy swej decyzji – powinien przestać brać tabletki. Tak zrobił. Wiedziała, że ani ona, ani jej mąż nie odważyliby się przekonywać go, żeby wybrał przeszczep. W poniedziałek zadzwoniła do pani doktor i powiedziała jej, że Mateusz trwa przy swoim. Rozpoczęła się procedura związana z przeszczepem. Znalazł się Dawca – zgodność 90% – owa, ale postawił warunek. Możliwy jest dopiero wrzesień, bo teraz ma inne plany. Cóż było robić? Trzeba było czekać. Mieli dla siebie wakacje. Mateusz jeździł na transfuzję krwi i płytek co jakiś czas, spotykał się z przyjaciółmi, chociaż było ryzyko, że złapie jakiegoś wirusa. Nic takiego się nie stało. Było nawet tak, że to oni byli zakatarzeni, a Mateusz, który nie miał odporności – nie. Postanowili, że pojadą do Częstochowy. Wszyscy. Całą rodziną.
– To były cudowne trzy dni – wspomina Pani Beatka. – Całą rodziną klęczeliśmy przed obrazem Jasnogórskiej Pani. Modliliśmy się w milczeniu. Nagle Mateusz wyszeptał :
– Chwyćmy się za ręce.
I tak trwali w modlitwie połączeni uściskiem. Szeptali słowa modlitwy „Pod Twoją obronę…” Czuli taką jedność, jak nigdy dotąd. I taki spokój i pokorę. Dzięki Mateuszowi. Chyba starał się im przekazać, że są i zawsze będą razem. Za sprawą Maryi. Nigdy wcześniej nie czuli takiej więzi, jak wtedy. To tam, na Jasnej Górze zaprzyjaźnił się z ojcem Natanem. Jak to się stało? Co takiego było w ich dziecku, że zakonnik, który przyjmował intencje od tysięcy ludzi, wdał się z nim w rozmowę i wymienił się telefonem? Utrzymywali kontakt, rozmawiali o swoich pasjach – motocyklach i zapewne o innych sprawach. Po kilku dniach od śmierci Mateusza, Weronika odblokowała telefon brata, wtedy mogli go zawiadomić o śmierci ich dziecka. Ojciec Natan powiedział im później, czym Mateusz go ujął. Po prosu przyszedł do niego jeszcze raz do jego stolika, przy którym zbierał intencje mszalne i powiedział ze śmiechem:
– Tak nie może być. Chcę zamówić Mszę za moich rodziców. Oni modlą się o zdrowie dla mnie, a ja za nich. Za to, że ich mam.
Ot i cały Mateusz. Bez strachu, z radością i miłością, którą obdarzał wszystkich ludzi. Czy mówił o kimś źle? Czy kogoś krytykował? Nie.
To wtedy Mateusz pokochał nabożeństwo „Apel Jasnogórski”. Modlił się codziennie, gdy zostawał sam w szpitalu, a rodzice już odjechali. Kiedyś zadzwonił ok. 22 do mamy i zapytał, czy słuchała „Apelu”. Beatka ze smutkiem powiedziała, że nie, bo nie zdążyła, bo późno wróciła z Lublina, to przecież tak daleko, a w domu czekała Weronika. Nie zdążyła – tłumaczyła się synowi. Ale Mateusz był uparty. Dzwonił przez kilka dni, aż zrozumiała, jakie to dla niego ważne. Tak zorganizowała czas, żeby z Telewizją Trwam codziennie słuchać Apelu i modlić się. Zrozumiała, że ich syn chciał przedłużyć czas bycia razem. Trwali na modlitwie, on w szpitalu, oni w domu, razem.
Jeździli też do innych uświęconych miejsc. Mateusz, jakby nieśmiało, podpowiadał im, gdzie mają jechać. I jechali. Byli w Licheniu, Gidlach, Przeprośnej Górce, Czatachowie, Kodniu. Wszędzie modlili się o cud wyzdrowienia dla Mateusza. A on? On modlił się za nich i za swoją siostrę. O siłę dla nich.
Gdy Mateusz czuł się lepiej, a było to wtedy, gdy wracał ze szpitala po transfuzji krwi i płytek, wybierali się na rodzinne wycieczki motocyklowe. Weronika jechała z tatą, a ona z Mateuszem, jako pasażer. Myślała, że siedząc na tym jego skuterku przypilnuje, żeby za szybko nie jechał, żeby się nie przewrócił. Tak naprawdę to chciała być z nim blisko, czuć ciepło jego ciała, jego zapach, jego życie. Jeździli do babci, nad rzekę. Czasami pozwalała mu wyprzedzić tatę, bo Mateusz bardzo tego chciał. Oboje z mężem robili wszystko, żeby Mateusz był szczęśliwy, starali się normalnie żyć i cieszyć się każdą chwilą.

Część IV. Przeszczep
Później był wrzesień. Oczywiście Mateusz kupił książki do II klasy i zaczął jeździć na zajęcia do szkoły. Nie chciał mieć zaległości. Pani doktor powiedziała, że nie chce o tym słyszeć, bo jej pacjent naraża się na wielkie niebezpieczeństwo. Nawet zwykłe uderzenie piłką mogło skończyć się wylewem i śmiercią. Ale Mateusz był uparty i cały pierwszy tydzień września uczył się ze swoją klasą. Później pożegnał się ze wszystkimi i pojechał do szpitala. Znalazł się już na innym oddziale, „ Na przeszczepach” – tak mówili o nim pacjenci. Dostał „swój pokój”. Salkę o wymiarach 3m x 3m. Urządził ją sobie na swój sposób. Za jego łóżkiem znalazł się obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej, Jezusa Miłosiernego i Akt Zawierzenia Matce Boskiej. Miał też ze sobą drewniany różaniec z Pierwszej Komunii Świętej. Oczywiście, albo ona, albo mąż mogli z nim być przez cały dzień oprócz nocy. Życie podporządkowali Mateuszowi.
Przed przeszczepem zaczął dostawać chemię. Stracił włosy. Martwiła się z mężem, jak on to przyjmie, bo bujna czupryna ułożona według najnowszej mody była jego dumą. Mylili się. Nie było to dla niego jakimś strasznym nieszczęściem. Podszedł do tego z humorem, żartował sobie ze swojej łysej głowy i nowego wyglądu. Ona z miłością nazywała go swoim ukochanym „łysolkiem”.
Każdy dzień wyglądał podobnie. Ranna toaleta. W sterylnych warunkach. Trzy miski do mycia z destylowaną wodą, według przyjętej w szpitalu procedury. Mateusz się nie buntował, chociaż mycie się w przeszklonej salce nie było dla niego zbyt komfortowe. Nie narzekał. Później było porządkowanie jego pokoju. Salowa przynosiła wiadro destylowanej wody i komplet ścierek. Jedną zmoczoną ścierką można było wykonać tylko jedną czynność, mycie szyb, później ścian. Zużyte ścierki służyły do mycia podłogi. Oczywiście Mateusz w tym uczestniczył, dopóki mógł. Żartował sobie z niej:
– Zobacz mama. Jakie to twoje sprzątanie? Tyle smug na szybach. Jutro pokażę ci, jak się sprząta.
Sprzątanie stało się swojego rodzaju rytuałem. Włączał wtedy w telefonie piosenkę zespołu „Ira” – „Powtarzaj to” . Beatka zna na pamięć słowa tej piosenki. Często jej słucha: „Nie ma takiej siły, która nas rozdzieli
Przełamie los
Nie ma takiej siły, która nas odmieni
Powtarzaj to…
Nie ma takiej mocy, nie ma szans
Póki w to wierzymy, będzie tak
I już nigdy nic nas nie rozdzieli…
nigdy nic nas nie rozdzieli.
Żaden gniew bez kontroli…
Nigdy już nie odbierze siebie nam…”
To były ich chwile dla siebie. Nie płakała. Łzy zostawiała na czas, gdy była sama, gdy żadne z dzieci nie słyszało, ani Mateusz, ani Weronika. Była szczęśliwa, że jest z nim, patrzy na niego. Wierzyła, że nic ich nigdy nie rozdzieli, czuła się spokojna i bezpieczna. Cóż, Pan Bóg miał inne plany wobec Mateusza.
Oboje z mężem chodzą codziennie na cmentarz. Mają go blisko, światełka widać spod ich domu. Zaskoczeni obserwują, że grób ich dziecka „żyje”. Pojawiają się nowe kwiaty, nowe znicze. Po śladach widać, że wiele osób przychodzi tu, żeby się pomodlić.
Czuł się już bardzo słaby. Gdy przychodziła fala bólu, zamykał oczy. Odchodził w siebie. O cierpieniu mówił ze spokojem:
– Boli. Panie doktorze. Bardzo mnie boli.
Któregoś dnia, między jednym atakiem bólu a drugim powiedział do niej:
– Mamo, obiecaj mi, że nigdy nie będziecie z tatą zastanawiać się, dlaczego to spotkało mnie, a nie ciebie, czy tatę… Ja nie mógłbym przeżyć, gdyby taka choroba spotkała kogoś z was. A teraz już wiem, dlaczego to spotkało właśnie mnie…
– Mateusz, dlaczego tak mówisz ? – Beatka bezradnie zapadła się w sobie. Skąd wiedział? Jak każda matka chciała ulżyć swemu dziecku. On tego nie chciał. Zrozumiała, że jej syn z pokorą przyjął swoje „dary losu”.
– Ta choroba spotkała mnie, ponieważ Pan Bóg wie, że ja mam wspaniałych rodziców, którzy pomogą mi przez to przejść – dodał.
Po przeszczepie wydawało się, że faktycznie Mateusz wraca do zdrowia. Był coraz silniejszy. W piątek, po 25 dniach od przeszczepu, lekarz powiedział mu, żeby pakował się, bo w środę wraca do domu. A w poniedziałek zaczęło się. Wyniki zaczęły spadać z. Musiał zostać w szpitalu. W końcu lekarze im powiedzieli, że organizm Mateusza odrzucił przeszczep. I nic. Zero skargi. Zero rozczarowania. To jego: „Damy radę” i zwyczajny uśmiech znowu dodawał otuchy jej i mężowi. Trwały konsultacje. Lekarze zdecydowali o drugim przeszczepie. Znalazło się dwóch dawców. Znowu przygotowania. Nadzieja, że tym razem się uda. Mateusz został zawieziony do „przymiarki” przygotowującej do naświetleń, do innego szpitala. Po powrocie zaczął się gorzej czuć. Dostał gorączki. Lekarze podejrzewali, że wycieńczony i bezbronny organizm został zaatakowany przez bakterie. Miał tylko 100 leukocytów, podczas gdy minimum to 7 000. Gdy lekarz mu to powiedział, on skwitował:
– Co z tego, że tylko 100? Ale samych generałów!
Gorączkował, ale żartował sobie z tego. Jego tata dowiedział się od mamy kilkumiesięcznego pacjenta po przeszczepie, z sąsiedniej sali, że małemu przechodzi gorączka, jak napije się mleka z jej piersi. Opowiedział to Mateuszowi i wyszedł z sali. A Mateusz? Zadzwonił do niej:
– Wiesz mama. Tata chyba coś kombinuje. Powiedział mi, że Marcinkowi przechodzi gorączka po maminym mleku. Może on poszedł poprosić o to mleko dla mnie? – mówił to bardzo poważnie. Zaczęła się wtedy śmiać z jego obaw, on też. To był taki jego żart, żeby ją uspokoić i rozbawić, bo była w domu, a on domyślał się, jak martwi się tą gorączką.
Do gorączki dołączyły się silne bóle brzucha. W przeciągu tygodnia był dwa razy operowany pod narkozą. Za każdym razem, gdy wybudzał się, swoje pierwsze słowa kierował do lekarzy: „Dziękuję, że pan mnie zoperował”, „Dziękuję, że pani mnie uśpiła” Okazało się, że bóle były spowodowane przez nacieki bakterii na jelita. Po zabiegu ustały, ale zaczęła go bardzo boleć głowa.
Ile modlitw pofrunęło do nieba! Modlili się rodzice, znajomi, przyjaciele, księża, którzy znali Mateusza, zakony zamknięte. Później jej mąż na Mszy żałobnej powiedział:
– Im więcej modlitw szło do Boga, tym Mateusz bardziej cierpiał.
Jak to on. Zwyczajnie, bez łez, bez słowa skargi.
Lekarze zdecydowali, żeby go zabrać na OIOM, oddział, który rodzicom chorych dzieci kojarzył się z nieuchronnym rozstaniem na zawsze. Tata Mateusza powiedział to księdzu, a on na to:
– No co ty? Mateusz sobie nie poradzi? Zobaczysz, że on wróci.
Wszyscy wierzyli, że w końcu nadejdzie chwila, gdy Mateusz zacznie powoli wracać do zdrowia.
Ale plan Boski był inny. Został wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej. Nie mógł już mówić. Wtedy ona i jej mąż cały czas mówili do niego, żeby nawet przez moment nie pomyślał, że został sam. Wspominali, jaki śmieszny był i rozkoszny, gdy był dzieckiem, jak go kochają i jak bardzo są z niego dumni. Był ich ogromnym szczęściem, wielką miłością i bezgranicznym bólem… A on słuchał i ronił łzy…

Część V. Śmierć
Beatka wspomina ostatni dzień jego życia. Leżał na łóżku udręczony bólem, wycieńczony, bezwłosy. Na jego ciele pojawiły się liczne wybroczyny. Jak kropelki krwi, do tego rozcięty bok. Przypominał jej zbolałego Chrystusa. Patrzyła bezradna na swojego ukochanego synka. Myślała tylko o jednym. Żeby te cierpienia się skończyły. Musiała wrócić do domu i przyjechać następnego dnia. Wtedy jego serce przestało bić. Miała dla niego całe trzy godziny. Mogła mu jeszcze raz powiedzieć, jakim był dla nich szczęściem, że błogosławią każdy dzień, każdą chwilę z nim, że dziękują Bogu za jego życie, że jest ich bohaterem i że te kilka miesięcy choroby były potrzebne przede wszystkim im, by mogli się z nim rozstać. On ich do tego przygotował. W trochę prześmiewczy, kpiarski sposób.
– Nie martwice się, wszystko będzie dobrze – mówił im, gdy tylko zauważył niepokojąco lśniące oczy u niej, czy u taty.
Przygotował też swoich przyjaciół. Oni, rodzice ze wzruszeniem słuchali słów pożegnania, które wygłosił jego kolega na pogrzebie:
„ Cześć Mati. Pamiętasz naszą ostatnia rozmowę? Tak radośnie, tak wesoło mówiłeś, że chcesz być przyjacielem od wszystkich spraw. Tak zabawnie akcentowałeś słowa, że zapominaliśmy wszyscy, gdzie jesteś. Tonu Twojego głosu i tego śmiesznego akcentu będzie nam teraz brakować.
Pamiętasz? Mieliśmy razem przywitać święta, zaśpiewać kolędy, podzielić się opłatkiem, posiedzieć przy wspólnej klasowej Wigilii. Ale nie tak miało wyglądać nasze spotkanie, nie tak. Nie dotrwałeś…
Wybrałeś inną klasę, w domu samego Boga. Zawsze mówiłeś: „do następnego”, ale następnego razu już nie będzie…
Nie będzie wspólnych wycieczek do Wojsławic i Krupego. Nie będzie ciapongów i driftów. Nie będzie fafika, Gruszki na Romecie, musztardy na zaostrzenie temperamentu. I wielu innych rzeczy nie będzie, ale Ty, Mati, będziesz z nami. Ty zawsze byłeś i będziesz cząstką naszego szkolnego życia, kolegą i przyjacielem.
Żegnamy Cię, ale pamiętaj, że nie na zawsze. Kiedyś się spotkamy znowu w jednej klasie, chociaż teraz nie jesteśmy już razem. Ty nam pokazałeś, co w życiu jest ważne. Dałeś nam wzór, jak przyjmować z godnością, pokorą, ale i radością – jak mówiłeś – dary. Dary losu. Twój optymizm i pogoda ducha będą nam towarzyszyły zawsze wtedy, kiedy te dary losu staną się i naszym udziałem. Do zobaczenia Mati” – kończył się list.
Młodzież, w swoim języku dzieliła się z innymi swoją radością z bycia z ich synem. Młodzi ludzie opowiedzieli swoją historię przyjaźni z Mateuszem. Przyjaźni wypełnionej zwykłą młodzieńczą fantazją. Przyjeżdżali do Mateusza w odwiedziny do szpitala. Nie mogli wejść do jego sali, ale mogli stanąć na werandzie na zewnątrz budynku i widzieć go. Takie to były rozmowy. Przez telefon. Ale co tam. Byli razem. Dzieliła ich tylko szyba.
To właśnie na kolegów, koleżanki, na swojego wychowawcę czekał najbardziej. Opowiadali mu co się dzieje w szkole, w klasie. Oczywiście planowali, jak to będzie, gdy Mateusz wróci do szkoły. Miał być drugi „półmetek”. Miały być wspólne wycieczki i wyprawy motocyklowe. Wszystko już zaplanowali. Mateusz tryskał energią, żartował i z zapałem poddawał się tym marzeniom. Te spotkania były dla niego bardzo, bardzo ważne, a jego przyjaciele nigdy go nie zawiedli.
– Nie ma co się żalić i narzekać, jaki ten świat jest zły, ile nas spotyka nieszczęść i chorób. Nie ma co narzekać, nie można się poddawać. Trzeba działać. Trzeba mieć i marzenia, i plany na przyszłość. Trzeba wierzyć, że wszystko będzie dobrze – tak powtarzał tym, którzy próbowali go pocieszać.

Część VI. Wspomnienia
Mateusz tak bardzo kochał życie, kochał świat. Zachwycało go wszystko. Pola, ogrody, kwiaty, wschody i zachody słońca. Uwielbiał fotografować. Pokazywał im zdjęcia z wycieczek na swoim błękitnym skuterku. Gdy coś go zaciekawiło, przystawał i fotografował. Kochał góry. Podczas ostatnich wakacji wspólnie wędrowali po górskich szlakach i dziękowali Bogu za to, że byli razem. Czy myśleli, że to ostatnie wakacje? Czas się zatrzymał dla całej ich rodziny. Śmiali się i żartowali, nie rozmawiali o chorobie i z wiarą powtarzali sobie: „Damy radę”.
Jego koledzy i koleżanki mówią, że Mateusz przyciągał swoich rówieśników z problemami i takich, którzy tak jak on, wkładali komżę i stali przy ołtarzu. Dla pierwszych miał rady. Nie wstydził się powiedzieć do koleżanki, czy kolegi: „Nie pal, zrób to dla mnie, jeżeli nie dla siebie. Nie pij” I słuchali go. Z drugimi pewnie rozmawiał na poważniejsze tematy. Któż to wie. Nigdy rodzicom o tym nie opowiadał. Jaki był dla innych? Teraz dowiadują się od jego przyjaciół i znajomych. Nie spodziewali się, że był taki dojrzały.
Pani psycholog, z którą zaprzyjaźnił się w szpitalu, powiedziała im, że on nie pasował do tego świata. W dzisiejszych czasach to wstyd być „dżentelmenem”, okazywać innym szacunek. Mateusz to robił. Do kucharek szpitalnych napisał list z podziękowaniem za pyszne pierogi. Taki zwyczajny gest, ale nikt wcześniej tego nie zrobił. Miał swój telefon i laptopa, bo to przecież był jedyny jego kontakt ze światem zewnętrznym, ale gdy wchodził lekarz do jego sali, on wyłączał swój sprzęt i był do dyspozycji. Tak było też, gdy była ona – jego mama, czy tata. Rozmawiali, żartowali, grali w różne gry, czasami po prostu milczeli, ale byli razem. Lekarze, pielęgniarki powiedzieli im po śmierci Mateusza, że takiej więzi syna z rodzicami nie obserwowali jeszcze. Pokochali Mateusza i oni też nie mogli poradzić sobie z jego śmiercią. Ich także zaraził swoją miłością i optymizmem. I stało się to nieoczekiwanie, nie wiedzieli, kiedy. Przecież tylu małych pacjentów odchodzi, każda śmierć to wielki ból dla nich także. To przecież też matki i ojcowie. Ale Mateusz był szczególny.
– Mateusz był szczególny – podkreślał jego ksiądz proboszcz, który też zmagał się z chorobą – rozmowa z nim dodawała mi otuchy i siły, jego optymizm zarażał, a pokora wobec „darów losu”, jak określał swoją chorobę zadziwiała nawet mnie, księdza. Pocieszaliśmy się nawzajem, nawet w ostatnich dniach jego życia nie usłyszałem słowa skargi – dodał.
Mateusz zmarł 13 grudnia 2016r. Był piękny, zimowy poranek, za oknem świeciło słońce, a na jego spokojnej twarzy pojawił się piękny uśmiech. Tak pożegnał ziemskie życie i swoich najbliższych.
Tę autentyczną historię opowiedzianą przez rodziców Mateusza, Beatę i Piotra Worobijów spisała Anna Kuryluk
Czułczyce, luty 2017r.